Wyspa Sobieszewska 2019.08.14-18 – część trzecia.
KRÓTKIE WPROWADZENIE
Dzięki naszym znajomym mieszkającym na Wyspie Sobieszewskiej mogę tam przebywać z moją Rodziną regularnie w każde wakacje. W 2019 roku nie było inaczej – Żona z dziećmi spędziła tam dwa tygodnie ja byłem przez tydzień. Plany na wyjeździe miałem takie aby kilka razy wyskoczyć na fotki.
W sumie w terenie byłem cztery razy. Będą z tego cztery oddzielne wpisy (chociaż na nie których za dużo się nie działo) bo połączenie którychkolwiek dało by wg mnie za długi opis.
Wpis trzeci.
17.08.2020 – ponownie Wisła między Świbnem a rezerwatem Mewia Łacha.
Tego dnia nad Wisłą zameldowałem się później ponieważ wcześniejszego wieczoru siedzieliśmy do późna ze znajomymi przy grillu. Dopiero o 9.15 byłem nad Wisłą. Jak zawsze w tym miejscu zaczynam w Świbnie i idę lewą stroną rzeki do ujścia. W związku z brakiem snu i sił plan był taki żeby gdzieś się zamelinować na karimacie pod siatką i posiedzieć ze 3 godziny.
Na początku spotykam podlota kopciuszka ale ten siadł na metalowym elemencie (coś do wiązania cumy statku jak sądzę) w takiej kontrze że ciężko o sensowną fotę. Pstrykam go ale wychodzi to słabo.
Chcę się dostać do konkretnego miejsca. Na trasie mojego spaceru są miejscówki gdzie przy samym brzegu jest sporo wyschniętych drzew i gęstych krzewów. Tam często spotykam drobnicę. Na całej długości brzegu są kamienie więc zawsze coś usiądzie. Po 15 minutach marszu przez zarośnięty nawłocią brzeg (jeszcze mokrą od rosy) jestem na miejscu. Rozkładam karimatę, siatkę maskującą na siebie, siadam i siedzę. Niestety światełko znowu dość ostre – małe zachmurzenie a mamy sierpień.
Powoli wpadają pierwsze foty kormoranów, krzyżówek, różne gatunki mew. Na wyschniętym drzewie za mną siada i tłucze chwilę dzięcioł duży. Zdążyłem posłać mu serię zanim poleciał dalej.
Foce wszystko co tylko przelatuje z nadzieją na jakąś lepszą fotę. Dziś dzień bez większych ambicji – po prostu chce posiedzieć, popstrykać i odpocząć.
PAMIĘTAJCIE: MASKOWANIE ZAWSZE DZIAŁA I WARTO BY BYŁO POD RĘKĄ!!
Po kilku minutach zaczynają siadać na przybrzeżnych kamieniach niedaleko mnie pierwsze ptaki – kompletnie mnie nie widząc. Krwawodzioby, brodźce piskliwe, biegusy, łęczaki siadają kilkanaście metrów ode mnie. O świetnych fotach nie mam co marzyć bo miejscówka za wysoka na dobrą perspektywę. Może jak bym się położył ale nie mam dziś sił na taką walkę. Coś za coś.
Siedzę i walę seriami ile wlezie we wszystko co tylko wleci w zasięg szkła – jakieś niezłe kadry powinny wpaść. Niestety jest SOBOTA. Ludzi ścieżką obok mnie łazi cała masa. Kilka osób nieźle wystraszyłem mówiąc dzień dobry kiedy były metr ode mnie 🙂 🙂 . Przechodzący wczasowicze powodują ciągłe wypłaszanie ptaków z brzegu. Jak coś usiądzie to za dwie-trzy minuty ktoś idzie i to płoszy. Niestety urok miejscówki popularnej wśród spacerowiczów 🙁 .
Łazi mi tu już za dużo ludzi więc zmieniam plany. Wlekę się (nieźle już zmęczony) w kierunku rezerwatu Mewia Łacha i wieży widokowej.
Na wieży poluję na jakieś sensowniejsze kadry czegokolwiek. Mewy, kormorany, kaczki, tracze, różne siewki przelatują co rusz ale ciężko o sensowna fotę. Trafił się nawet myszołów przelatujący nad morzem. Niestety zrobiło się do tego mega gorąco i powietrze strasznie faluje. Bez szans na sensowny kadr – tylko dokumenty.
W zatoczce przy wieży urzęduje bóbr więc robię mu kilka zdjęć dokumentalnych. Kręcą się tam też non stop jakieś kaczki i siewki. Ale co chwila są też wczasowicze i zadają za dużo pytań.
Robię sobie przerwę bo zamykają mi się oczy – siadam, zjadam batona (polecam miks orzechów zalanych karmelem – mega strzał energii) i popijam Tiger’em. 10 minutowa drzemka na siedząco trochę mnie 'prostuje’. 12.45 pakuje graty i szybkim marszem wracam do auta. Bez focenia po drodze – jestem już mega zmęczony. Zrobiłem tylko 270 zdjęć ale trudno. Zawsze coś ale starczy mi już łażenia na dziś.